czwartek, 1 listopada 2018
Greckie Galapagos
Wyspy greckie to jeden z ukochanych kierunków wakacyjnych naszych rodaków.
Trudno się dziwić. Piękna pogoda, ciepłe morze i widoki przyciągają tysiące urlopowiczów.
Jako ,że miejsca nastawione na typową turystykę plażową w wersji All Inclusive nie należą do moich ulubionych to jakoś do tej pory nigdy tam nie dotarłem.
Ze względów zawodowych wrześniowy urlop musiałem zaplanować w ciągu kilku dni i na zorganizowanie bardziej ambitnej wyprawy zwyczajnie zabrakło mi czasu. Nie żałuję...
Wybór padł na Zakynthos, bo pasował mi czarter z Poznania, oraz mała odległość między lotniskiem,
a wykupionym hotelem, co przy lądowaniu w nocy i braku transferu na miejscu było bardzo wygodne.
Na koniec niewielkie rozmiary wyspy którą miałem zamiar zwiedzać na własną rękę/nogę , albo rower. Wyjątkowo wszystko poszło zgodnie z planem :).
Odpuszczę sobie pisanie relacji punkt po punkcie, bo umówmy się... Tutaj nie spotka was przygoda życia. Nic was tu nie zje, nie zaatakuje. Nie ma jak się zgubić bo wszędzie jest blisko.
Nawet jeśli zbłądzicie wędrując po górach to obojętnie którą stronę byście nie poszli zawsze w odległości 2-3 godzin marszu znajdzie się jakaś wioska, a wiosce Tawerna. Autobus jeśli nie przyjedzie dzisiaj to przyjedzie jutro.
To nie jest miejsce na szaloną eskapadę, którą się wspomina latami, za to doskonale nadaje się na błogie lenistwo w otoczeniu przyrody, piesze wędrówki po niekończących się gajach oliwnych, poznawanie miejscowej kuchni i powolnego stylu życia miejscowych.
Oczywiście imprezy do białego rana jeśli ktoś tego szuka również są tu osiągalne:).
Przede wszystkim jest po prostu pięknie.
Poniżej najistotniejsze moim zadaniem informacje o wyspie:
Komunikacja
Wyspa dzieli się na część południową gdzie komunikacja jest. I północną gdzie jej nie ma wcale.
Wszystkie trasy autobusów startują z dworca w stolicy.
Spokojnie dojedziemy do wszystkich kurortów w turystycznej części wyspy, a także do Kyllini i Aten. Warto wspomnieć, że poza sezonem nie ma kursów na lotnisko położone ok 6 km od Zante Town, więc do wyboru mamy taxę albo spacerek. Jeśli chodzi o północ to zostają wypożyczalnie samochodów/skuterów/rowerów. Są jeszcze quady, ale nie polecam, bo są hałaśliwe, śmierdzące, straszliwie zajechane i do tego drogie.
Laganas
Kurort kochany przez jednych i znienawidzony przez innych.
Na jednym forum natknąłem się na opinię - "Nie jedźcie do Laganas , to w ogóle nie jest Zakynthos". Częściowo się zgadzam, ale nie do końca. Laganas to miasteczko, które upodobali sobie Brytyjczycy.
Jest tam mnóstwo klubów knajp, sexshopów itd..
Jednak w związku z tym ,że na wyspie wszędzie jest blisko, może to być niezłe miejsce na bazę wypadową.
Już 500m. od centrum zaczynają się gaje oliwne, spacerując brzegiem morza w stronę Kalamaki dojdziemy do najszerszej, (prawie pustej) plaży w całej zatoce.
W drugą stronę mamy Agios Sotis,
a kawałek dalej znakomite przydrożne Tawerny.
Przy tym wracając po całym dniu zwiedzania/plażowania możemy skorzystać z plusów kurortu.
Iść na imprezę, zobaczyć w pubie mecz, kupić piwo choćby o 4 rano, a przede wszystkim wrócić z innego miasteczka autobusem który jeździ do północy co godzinę, a nie raz dziennie.
Na każdym kroku są też całodobowe punkty medyczne nastawione głównie na Anglików którzy po pijaku nie trafili z balkonu do basenu lub połamali się na quadzie. Sądząc po ich ilości nie są to odosobnione przypadki :). Co oczywiście nie oznacza, że wam nie pomogą jak np. nadepniecie na jeżowca.
Może to być niezłe miejsce na kompromisowy wyjazd dla grupy przyjaciół z której część chce imprezować ,a część zwiedzać. Jeśli jednak planujesz rodzinne wczasy, razi cię hałas, a widok pijanych i nie do końca ubranych Brytoli napawa cię wstrętem - Uciekaj.... :)
Żółwie Caretta
Temat tyleż ciekawy co kontrowersyjny.
Niewątpliwie te wielkie żółwiska są symbolem wyspy widocznym na każdym bibelocie, pocztówce itd..
Zakynthos jest jednym z ostatnich miejsc na świecie gdzie od setek lat co roku składają jaja. Na terenie zatoki Laganas istnieje obszar chronionego parku narodowego. Gniazda tych sympatycznych gadów są oznaczane i pilnowane przez wolontariuszy z organizacji "Turtle Watch" - swoją drogą spoko ekipa, warto zamienić z nimi kilka słów o tym co robią.
W ochronę zagrożonych wyginięciem zwierzaków włączyły się też władze ,między innymi wprowadzając zakaz przebywania w nocy na niektórych plażach, oraz zakaz lotów po zmierzchu.
Gdzie więc kontrowersje ? Ano....druga strona medalu to "wycieczki na tropienie żółwi" organizowane przez greckich cwaniaków. Nierzadko kilka sporych łodzi ściga jednego wystraszonego żółwia po całej zatoce, żeby jeden z drugim baran mógł sobie pstryknąć fotę. Niestety tak jak Grecy są sympatycznymi i otwartymi na drugiego człowieka ludźmi. Tak ich dbałość o środowisko i bogactwa naturalne pozostawia wiele do życzenia. Łatwo oskarżać turystów o śmiecenie na plaży i zanieczyszczenie, ale sory ... odpady budowlane do zatoki to raczej nie turyści zwożą.
Trochę odszedłem od tematu samych żółwi, ale przy tym wszystkim zamykanie lotniska na noc... brzmi groteskowo.
Rejs dookoła wyspy.
Tak jak nie polecam wycieczek "na żółwie" (jak chcecie je zobaczyć to polecam kajak), tak nie wyobrażam sobie żeby nie opłynąć wyspy dookoła. Obojętnie z usług jakiej firmy skorzystacie rejs wygląda podobnie.
Widoki są rewelacyjne, linia brzegowa urozmaicona, a co najważniejsze - docieramy do plaż, do których nie da się dostać od strony lądu.
Spędzamy na morzu cały dzień z kilkoma przerwami na pływanie w fantastycznych zatokach i błękitnych jaskiniach.
Jest krótki postój w Porto Vromi,
są przerwy na odpoczynek na najpiękniejszych plażach wyspy.
Możemy się popluskać w śmierdzących jajem wodach na Xigia Beach (naturalne spa - jakieś tam siarkowe cuda, ale dokładnie nie pamiętam:)). No i gwóźdź programu.... Navagio, plaża wraku, czyli najbardziej znana plaża w Grecji. Generalnie śmieszą mnie zawsze wszystkie top listy atrakcji, ale świadomość, że jest jest na jednej z 5 najpiękniejszych plaż świata bardzo przyjemnie łechce moją próżność :).
Co tu pisać jest zajebiście....
Cameo
Prywatna wyspa leżąca w sąsiedztwie portu Agios Sotis. Fajne miejsce choć do bólu komercyjne.
Znane z chybotliwej kładki i organizacji wesel. Wyspę za kosmiczne pieniądze można w całości wynająć i na niej zabalować.
Zante Town
Stolica wyspy nie ma jakiejś szczególnej opinii, większość opisów jakie znajdziemy w necie to marudzenie,
a to że nie zachwyca , a to że Heraklion ładniejszy bla bla bla.
Fakt, może Paryż to nie jest, może większość miasta po trzęsieniu ziemi powstało praktycznie od zera.
Może z zabytkowej architektury pozostało tylko kilka pięknych kościołów, ale ja byłem zachwycony świetnym typowo portowym klimatem.
Miasteczko żyje jakby obok tej całej turystycznej otoczki wokół Zante. To nie jest Laganas gdzie wszystko jest pod turystę. Przyjeżdżając tutaj musimy się dostosować do sjesty i do miejscowego rytmu.
Mieszkańcy siedzą w centrum w tawernach i grając w karty przyglądają się przyjaźnie lecz bez specjalnego zainteresowania grupkom przybyszów z całej reszty świata. To tutaj kupimy wino i oliwę od chłopa (w plastikowej butelce bez etykiety) i zjemy prawdziwe greckie potrawy. To tutaj poczujemy atmosferę greckiej ulicy. Zdecydowanie warto tu spędzić przynajmniej jeden dzień.
Kuchnia
Próbowanie lokalnych smaków jest żelaznym punktem moich wyjazdów, tak było i tym razem.
Nie można ominąć tutejszych owoców morza. W Polsce jadam je niezbyt często, bo należą do mojej prywatnej kategorii produktów, które poza miejscem wytworzenia są drogie, nieświeże, mrożone i niesmaczne. Te tutaj są drogie, ale świeże i przepyszne :).
Jeśli dla kogoś ośmiornice i kalmary są kulinarnym zboczeniem to na pewno tutejsza jagnięcina, suvlaki i inne grillowane mięsiwa zaspokoją polskie kubki smakowe.
Nie można zapomnieć też o oliwie, a jeśli kogoś bardziej interesuje proces produkcji płynnego złota to warto odwiedzić przetwórnie-muzeum niedaleko Lithakii.
Plaże
Niezależnie od tego czy ktoś leci się smażyć czy zwiedzać plaże są nie odłącznym elementem wyspy.
Moją ulubioną była szeroka dzika plaża pomiędzy Laganas, a Kalamaki na której oprócz morza można podziwiać lądujące 2 kilometry dalej samoloty.
Tutaj jednak każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy sportów wodnych mają Banana Beach, dla tych którzy lubią plażować pod parasolem i z drinkiem w ręku najlepsze będzie Laganas, amatorzy plaż kamienistych dobrze się poczują na Vrontonero,
a golasy pod skałami Kalamaki Beach.
Te najsłynniejsze plaże z dostępem tylko od strony wody można zobaczyć podczas rejsu.
Wieś
Warto powędrować krętymi drogami, bez celu po ciągnących się bez końca gajach oliwnych, pastwiskach i małych wioseczkach. Pospacerować wśród stada zdziwionych owiec czy kóz, wstąpić do przydrożnej tawerny i zapomnieć o całym świecie.....
czwartek, 2 sierpnia 2018
Mundial okiem kibola
Pierwsze mistrzostwa, które przeżywałem świadomie to była Francja 98. Miałem 11 lat i skakałem z radości kiedy Kluivert strzelał wyrównującą bramkę w końcówce meczu z Brazylią, by pół godziny później ryczeć jak bóbr gdy Holandia ostatecznie odpadła po karnych. Berkamp, Van der sar, Davids i reszta... Pomarańczowi to była wtedy moja drużyna. Nie marzyłem nawet że kiedyś zobaczę w finałach MŚ Polaków, bo był to okres największej zapaści w historii naszej piłki. Nie marzyłem też że kiedyś obejrzę jakiś mecz mundialu na żywo. Minęło od tego czasu 20 lat i miłość do piłki przerodziła się w klubowy fanatyzm. Na co dzień preferuję nasz krajowy styl kibicowania, bliżej mi do głośnego dopingu, rac i sektorówek niż pomalowanych twarzy, głupich fryzur i ogólnego jarmarku na trybunach, który przyciąga football w wydaniu reprezentacyjnym. Niemniej jednak samo zobaczenie na żywo piłkarskich gwiazd i poczucie atmosfery mistrzostw na własnej skórze jest warte tego by na jakiś czas zostać piknikiem :). Niestety nie było mi dane wylosować meczu naszych Orłów, ale aplikacja nr.2 czyli Kaliningrad okazała się szczęśliwa. Trafiło mi się spotkanie Anglików z Belgami, które na papierze wyglądało naprawdę nieźle. Dopiero później okazało się, że sytuacja w grupie zachęciła obie drużyny do potraktowania tego meczu ulgowo. Na początku planowałem jechać na sam mecz bez noclegu, ale brak komunikacji w godzinach wieczornych zweryfikował moje plany i stanęło na dwóch noclegach. Jeden przed meczem w Elblągu, drugi po meczu w Królewcu. Mecz jest w czwartek 28.06 o 20.00, więc na spokojnie w środę z samego rana wyruszam w trasę poczciwym Pol Regio. Wersja oszczędnościowa wiąże się z przesiadkami w Toruniu, Iławie i Malborku. Osobiście gdy mam dużo czasu uwielbiam szlajać się po Polsce w ten sposób. Odcinek trasy, potem spacer, piwko/coś do żarcia w jakimś mieście i dalej w drogę. W tym przypadku dłuższą przesiadkę miałem w Toruniu co przy doskonałej pogodzie oczywiście wykorzystuję na rozprostowanie kości i nawodnienie :).
Korzystając z okazji raczę się widokiem swojskiej infrastruktury kolejowej na dworcu "Miasto". Czasem myślę, że ma to coś z masochizmu, ale ja naprawdę lubię takie miejsca.
Żeby mnie ktoś nie posądził o wynajdywanie samych "szarości" muszę w tym miejscu przyznać, że Polska kolej w ostatnich latach zrobiła naprawdę znaczący postęp. Jeszcze kilka lat temu o takim kiblu w najniższej klasie pociągów mogliśmy tylko pomarzyć.
Dumając o losie polskiego kolejnictwa docieram planowo do Elbląga. Przechodzę przez ładny dworzec i kieruję się w stronę starówki gdzie ma zarezerwowany hotel. Z litości nie podam jego nazwy, bo nazywać hotelem schronisko kolonijne to lekka bezczelność, no ale cóż drogo nie było. Mam wolny wieczór więc włóczę się po centrum. Elbląg jest dla mnie trochę dziwnym miastem , bo postawionym w zasadzie od zera. Jak wiele miejsc w naszym pięknym kraju zostało zrównane z ziemią przez niemiecką machinę wojenną. Władzuchna ludowa pod nadzorem kolejnego okupanta w miejscu zniszczonych zabytków pobudowała szpetne bloki i dopiero w ostatnich kilkunastu latach rozpoczęła się odbudowa starówki stylizowanej na tą oryginalną. Elblążanie są z niej bardzo dumni, ja uczucia mam mieszane bo patrząc np. na budynek ratusza od razu widzimy że budynek jest "stylizowany na...." , a nie oryginalny.
Trudno jednak nie przyznać racji że lepsza schludna nowa "starówka" niż zdewastowane centrum. Robi się późno, wstać trzeba skoro świt więc wracam do swojego "hotelu". Z samego rana wracam po śladach na dworzec i już z daleka widzę pierwszą grupkę kibiców belgijskich która czeka na ten sam autobus co ja. Połączenie obsługuje PKS Gdańsk , przyjeżdża nieco opóźniony i.. pełen. Wydaje się że kierowca zajechał na dworzec tylko po to żeby uspokoić podróżnych, że 20 min po nim wyjechał autobus dodatkowy w którym miejsca podobno są. Okazuje się że nie kłamał i z około godzinnym poślizgiem ruszamy w stronę granicy w Mamonowie. Dojeżdżając do granicy uśmiech pojawia się na mojej twarzy bo jesteśmy drugim autokarem w kolejce. W miarę upływającego czasu mój uśmiech coraz bardziej zanika. W tym miejscu doceniam Schengen. Co najdziwniejsze o wiele bardziej upierdliwa jest polska załoga składająca się z plotkujących między sobą panienek, którym wydaje się że są najważniejsze na świecie bo ktoś dał im mundur. Pieczę nad tą dziatwą sprawuje kilku otyłych wąsaczy, a cała "kontrola" rejsowego autobusu trwa bite 2 godziny. Po stronie rosyjskiej jest na szczęście lepiej, w czasie wbijania pieczątek wsiada nastoletni wolontariusz FIFA rozdaje wszystkim mapki i po angielsku opowiada o najważniejszych punktach miasta. Ruszamy w końcu w dalszą drogę i po kilkudziesięciu minutach meldujemy się na dworcu autobusowym w Królewcu.
Od pierwszych minut żar leje się z nieba, mnóstwo ludzi, szczególnie młodzieży chodzi bez koszulek. Dla tych którym Rosja kojarzy się tylko z Syberią i białymi niedźwiedziami polecam wycieczkę do obwodu w czerwcu. Jest rano, meldunek mam po 16 więc początkowo planuję pieszy spacer do centrum, ale patrząc na odległość, pogodę i fakt że mając Fan ID komunikację mam za darmo wybieram autobus. Pierwsze spojrzenie na miasto i... no cóż Paryż to to nie jest.
Zawsze Królewiec - miasto o bogatej historii kojarzyło mi się z miejscami takimi jak Wilno czy Lwów. Tutaj mamy raczej do czynienia z typowym sowieckim miastem gdzie pojedyncze piękne cerkwie są otoczone szpecącymi blokami i pomnikami gloryfikującymi zbrodniczy ustrój.
Wyjątkiem jest wyspa Kanta położona na rzece Pregole i otoczona zabytkowymi spichrzami. To zielone płuca miasta i tam się właśnie kieruję w celu ochłody, wypicia zimnego piwka i obejrzenia katedry.
Ten fragment miasta zdecydowanie najbardziej mi się podoba, no i... nie "zdobi" go żaden Marks, ani Lenin. W bezpośrednim sąsiedztwie urządzono strefę kibica która wygląda całkiem nieźle.
Czas w przyjemnych miejscach mija szybko, więc kieruje się ku centrum. Główny plac to oczywiście czerwona gwiazda i cerkiew.
Na każdym kroku czuć już atmosferę mundialu i spotkać można organizujące się grupy kibiców. Belgowie na placu pod gwiazdą , Anglicy oczywiście w pubach.
Widać także pojedynczych fanów z całej reszty świata. Z mojej perspektywy najlepiej prezentują się Angole. Jako jedyni wyglądają jak kibice. Dużo flag, chóralne głośne śpiewy, żadnych pomalowanych pysków , włosów itd.. Wiadomo... jak wszędzie trafiają się kwiatki typu facet w zbroi, ale pewna doza folkloru na mundialu jest akceptowalna. Generalnie klasa. Po wydarzeniach na francuskim Euro sporo osób ze środowiska zastanawiało się czy dojdzie do próby rewanżu i jakiejś konfrontacji z ekipami rosyjskimi. Tutaj jednak pomimo pozornie sielankowej atmosfery i wręcz sztucznej uprzejmości rosyjskich służb, czuć cały czas że wielki brat patrzy...
Oprócz setek milicjantów na ulicach kręci się drugie tyle tajniaków po cywilu. Hitem jest wydziarany gość w koszulce Russian Hooligans z krótkofalówką w łapie :). Widać co prawda nielicznych miejscowych młodych zwiadowców szukających mocnych wrażeń, ale mając świadomość, że Omon tylko czeka na jakiś krzywy ruch na obserwacji poprzestają. Sami Rosjanie też wydają się być w szoku jak z dnia na dzień zmieniła się wykładnia prawa. Anglików łażących po pomnikach nikt nie pałuje, co więcej milicjanci pozwalają robić sobie fotki w ich okrągłych czapkach. Na co dzień raczej nie do pojęcia. Z drugiej strony.... nasza codzienność to też mandaty za byle piwo w parku podczas gdy w 2012 zarzygani Irlandczycy spali w krzakach w centrum miasta nie niepokojeni przez nikogo. Ot... prawo igrzysk. Resztę wolnego czasu spędzam w knajpie oglądając popisy naszych Orłów z Japonią i zajadając się wybornym uzbeckim żarciem.
Potem szybki meldunek w hostelu, zbędne rzeczy zatrzaskuję w szafce (czego będę żałował, ale o tym później) i po błyskawicznym prysznicu wracam do punktu zbiorczego, w który podstawione autobusy bezpłatnie odwożą kibiców na stadion.
I w tym miejscu należą się gospodarzom brawa, bo co by o ich kraju nie mówić to organizacyjnie nie ma się do czego przyczepić. Od transportu, przez wolontariuszy , po kible na każdym kroku i ekipy sprzątające - wszystko zagrało perfekcyjnie. Przejazd na stadion trwa 20 minut, wpuszczanie i kontrola osobista dużo sprawniejsza niż w polskiej ekstraklasie. Stadion - specjalnie wybudowany na tą okoliczność kiedyś rzucałby pewnie na kolana, ale od ładnych paru lat nie mamy się w Polsce pod tym względem czego wstydzić więc już nie rzuca:). Co do samego meczu to pewnie każdy go widział więc opisywać nie będę. Na trybunach rządzą Anglicy czego można się było spodziewać. Znakomite oflagowanie z czego są znani , zorganizowany doping , własne nagłośnienie.
Nie sposób jednak nie stwierdzić że na mieście byli dużo głośniejsi niż na samym stadionie z czego również są znani. Belgowie próbują się przebić , ale są mocno rozsypani po trybunach , jedyna zwarta grupa zajmuje miejsce za bramką, ale jest zbyt mała żeby przekrzyczeć synów Albionu, więc są słyszalni tylko fragmentami, głównie po akcjach ich drużyny. Kibicowsko mecz bez żadnego napięcia typowy piknik. Po spotkaniu równie sprawnie jak w pierwszą stronę tłum zostaje odstawiony do centrum miasta.
Kaliningad żyje nocą przynajmniej w czasie mistrzostw. Po za kretyńskim zakazem sprzedaży piwa w sklepach po 22 wszystko funkcjonuje tak jak w Europie zachodniej. Nie imprezuję specjalnie długo bo rano znów muszę wstać o barbarzyńskiej porze. Docieram bez przeszkód do hostelu i błyskawicznie zasypiam....
Wstaję jak zwykle spóźniony, otwieram szafkę i ...... dupa klucz nie pasuje. Kobieta w recepcji nie zna słowa po angielsku, posiłkuje się jedynie translatorem w ledwo działającym telefonie. Ostatecznie ogarnia o co mi chodzi, ale klucza zapasowego nie ma a mój autobus odjeżdża za 45 minut. W końcu baba bierze obcęgi młotek i śrubokręt i zaczyna o 6 rano rozbrajać metalową szafkę. Nie muszę wspominać że moi współlokatorzy , z których spora część położyła się spać 2 godziny temu są wniebowzięci. O dziwo operacja się udaje, a ja chcąc nie chcąc odpuszczam sobie poranny prysznic i z wywieszonym jęzorem biegnę na dworzec.
Całe szczęście autobus odjeżdża opóźniony o 20 minut dzięki czemu udaje mi się opuścić putinowską enklawę i nadrobić braki snu na niewygodnym siedzeniu. Podróż mija spokojnie poza tym że znowu trzeba czekać 2 godziny na odprawie granicznej. Przy okazji po raz kolejny okazuje się że Polacy są życiowo po stokroć bardziej zaradni niż zachodzi Europejczycy. Na pytanie polskiego celnika czy ktoś przewozi mięso lub nabiał rodacy natychmiast chowają puszki z kawiorem po kieszeniach podczas gdy kilku Belgów z uśmiechem na ustach chwali się suszonymi karpiami, co najmniej jakby sami je złowili. Oczywiście uśmiech znika za chwilę gry rybki lądują w worku na śmieci.
Do Elbląga docieramy spóźnieni 3 godziny co ani mnie już specjalnie nie dziwi, ani nie irytuje. Analizuję szybko połączenia w stronę Poznania i spontanicznie decyduję się zahaczyć po drodze o zamek w Malborku, który zawsze chciałem odwiedzić, a jakoś zawsze brakło czasu. Zamczysko robi wrażenie i naprawdę warto się tam wybrać.
Ostatnim rozdziałem wycieczki jest postój w Bydgoszczy gdzie zajadam obiad, i przy piwko przeglądam zdjęcia na telefonie. Jeszcze tylko ostatnia prosta osobowym do Poznania i kończę swoją krótką, acz treściwą przygodę z rosyjskim mundialem.
Czy było warto ? ... Mając jedenaście lat i oglądając Kluiverta w akcji złapałbym się za głowę widząc siebie o dwadzieścia lat starszego mającego w ogóle czelność zadać tak oczywiste pytanie. Pewnie że było :)
Żeby mnie ktoś nie posądził o wynajdywanie samych "szarości" muszę w tym miejscu przyznać, że Polska kolej w ostatnich latach zrobiła naprawdę znaczący postęp. Jeszcze kilka lat temu o takim kiblu w najniższej klasie pociągów mogliśmy tylko pomarzyć.
Dumając o losie polskiego kolejnictwa docieram planowo do Elbląga. Przechodzę przez ładny dworzec i kieruję się w stronę starówki gdzie ma zarezerwowany hotel. Z litości nie podam jego nazwy, bo nazywać hotelem schronisko kolonijne to lekka bezczelność, no ale cóż drogo nie było. Mam wolny wieczór więc włóczę się po centrum. Elbląg jest dla mnie trochę dziwnym miastem , bo postawionym w zasadzie od zera. Jak wiele miejsc w naszym pięknym kraju zostało zrównane z ziemią przez niemiecką machinę wojenną. Władzuchna ludowa pod nadzorem kolejnego okupanta w miejscu zniszczonych zabytków pobudowała szpetne bloki i dopiero w ostatnich kilkunastu latach rozpoczęła się odbudowa starówki stylizowanej na tą oryginalną. Elblążanie są z niej bardzo dumni, ja uczucia mam mieszane bo patrząc np. na budynek ratusza od razu widzimy że budynek jest "stylizowany na...." , a nie oryginalny.
Trudno jednak nie przyznać racji że lepsza schludna nowa "starówka" niż zdewastowane centrum. Robi się późno, wstać trzeba skoro świt więc wracam do swojego "hotelu". Z samego rana wracam po śladach na dworzec i już z daleka widzę pierwszą grupkę kibiców belgijskich która czeka na ten sam autobus co ja. Połączenie obsługuje PKS Gdańsk , przyjeżdża nieco opóźniony i.. pełen. Wydaje się że kierowca zajechał na dworzec tylko po to żeby uspokoić podróżnych, że 20 min po nim wyjechał autobus dodatkowy w którym miejsca podobno są. Okazuje się że nie kłamał i z około godzinnym poślizgiem ruszamy w stronę granicy w Mamonowie. Dojeżdżając do granicy uśmiech pojawia się na mojej twarzy bo jesteśmy drugim autokarem w kolejce. W miarę upływającego czasu mój uśmiech coraz bardziej zanika. W tym miejscu doceniam Schengen. Co najdziwniejsze o wiele bardziej upierdliwa jest polska załoga składająca się z plotkujących między sobą panienek, którym wydaje się że są najważniejsze na świecie bo ktoś dał im mundur. Pieczę nad tą dziatwą sprawuje kilku otyłych wąsaczy, a cała "kontrola" rejsowego autobusu trwa bite 2 godziny. Po stronie rosyjskiej jest na szczęście lepiej, w czasie wbijania pieczątek wsiada nastoletni wolontariusz FIFA rozdaje wszystkim mapki i po angielsku opowiada o najważniejszych punktach miasta. Ruszamy w końcu w dalszą drogę i po kilkudziesięciu minutach meldujemy się na dworcu autobusowym w Królewcu.
Od pierwszych minut żar leje się z nieba, mnóstwo ludzi, szczególnie młodzieży chodzi bez koszulek. Dla tych którym Rosja kojarzy się tylko z Syberią i białymi niedźwiedziami polecam wycieczkę do obwodu w czerwcu. Jest rano, meldunek mam po 16 więc początkowo planuję pieszy spacer do centrum, ale patrząc na odległość, pogodę i fakt że mając Fan ID komunikację mam za darmo wybieram autobus. Pierwsze spojrzenie na miasto i... no cóż Paryż to to nie jest.
Zawsze Królewiec - miasto o bogatej historii kojarzyło mi się z miejscami takimi jak Wilno czy Lwów. Tutaj mamy raczej do czynienia z typowym sowieckim miastem gdzie pojedyncze piękne cerkwie są otoczone szpecącymi blokami i pomnikami gloryfikującymi zbrodniczy ustrój.
Wyjątkiem jest wyspa Kanta położona na rzece Pregole i otoczona zabytkowymi spichrzami. To zielone płuca miasta i tam się właśnie kieruję w celu ochłody, wypicia zimnego piwka i obejrzenia katedry.
Czas w przyjemnych miejscach mija szybko, więc kieruje się ku centrum. Główny plac to oczywiście czerwona gwiazda i cerkiew.
Na każdym kroku czuć już atmosferę mundialu i spotkać można organizujące się grupy kibiców. Belgowie na placu pod gwiazdą , Anglicy oczywiście w pubach.
Widać także pojedynczych fanów z całej reszty świata. Z mojej perspektywy najlepiej prezentują się Angole. Jako jedyni wyglądają jak kibice. Dużo flag, chóralne głośne śpiewy, żadnych pomalowanych pysków , włosów itd.. Wiadomo... jak wszędzie trafiają się kwiatki typu facet w zbroi, ale pewna doza folkloru na mundialu jest akceptowalna. Generalnie klasa. Po wydarzeniach na francuskim Euro sporo osób ze środowiska zastanawiało się czy dojdzie do próby rewanżu i jakiejś konfrontacji z ekipami rosyjskimi. Tutaj jednak pomimo pozornie sielankowej atmosfery i wręcz sztucznej uprzejmości rosyjskich służb, czuć cały czas że wielki brat patrzy...
Oprócz setek milicjantów na ulicach kręci się drugie tyle tajniaków po cywilu. Hitem jest wydziarany gość w koszulce Russian Hooligans z krótkofalówką w łapie :). Widać co prawda nielicznych miejscowych młodych zwiadowców szukających mocnych wrażeń, ale mając świadomość, że Omon tylko czeka na jakiś krzywy ruch na obserwacji poprzestają. Sami Rosjanie też wydają się być w szoku jak z dnia na dzień zmieniła się wykładnia prawa. Anglików łażących po pomnikach nikt nie pałuje, co więcej milicjanci pozwalają robić sobie fotki w ich okrągłych czapkach. Na co dzień raczej nie do pojęcia. Z drugiej strony.... nasza codzienność to też mandaty za byle piwo w parku podczas gdy w 2012 zarzygani Irlandczycy spali w krzakach w centrum miasta nie niepokojeni przez nikogo. Ot... prawo igrzysk. Resztę wolnego czasu spędzam w knajpie oglądając popisy naszych Orłów z Japonią i zajadając się wybornym uzbeckim żarciem.
Potem szybki meldunek w hostelu, zbędne rzeczy zatrzaskuję w szafce (czego będę żałował, ale o tym później) i po błyskawicznym prysznicu wracam do punktu zbiorczego, w który podstawione autobusy bezpłatnie odwożą kibiców na stadion.
I w tym miejscu należą się gospodarzom brawa, bo co by o ich kraju nie mówić to organizacyjnie nie ma się do czego przyczepić. Od transportu, przez wolontariuszy , po kible na każdym kroku i ekipy sprzątające - wszystko zagrało perfekcyjnie. Przejazd na stadion trwa 20 minut, wpuszczanie i kontrola osobista dużo sprawniejsza niż w polskiej ekstraklasie. Stadion - specjalnie wybudowany na tą okoliczność kiedyś rzucałby pewnie na kolana, ale od ładnych paru lat nie mamy się w Polsce pod tym względem czego wstydzić więc już nie rzuca:). Co do samego meczu to pewnie każdy go widział więc opisywać nie będę. Na trybunach rządzą Anglicy czego można się było spodziewać. Znakomite oflagowanie z czego są znani , zorganizowany doping , własne nagłośnienie.
Nie sposób jednak nie stwierdzić że na mieście byli dużo głośniejsi niż na samym stadionie z czego również są znani. Belgowie próbują się przebić , ale są mocno rozsypani po trybunach , jedyna zwarta grupa zajmuje miejsce za bramką, ale jest zbyt mała żeby przekrzyczeć synów Albionu, więc są słyszalni tylko fragmentami, głównie po akcjach ich drużyny. Kibicowsko mecz bez żadnego napięcia typowy piknik. Po spotkaniu równie sprawnie jak w pierwszą stronę tłum zostaje odstawiony do centrum miasta.
Kaliningad żyje nocą przynajmniej w czasie mistrzostw. Po za kretyńskim zakazem sprzedaży piwa w sklepach po 22 wszystko funkcjonuje tak jak w Europie zachodniej. Nie imprezuję specjalnie długo bo rano znów muszę wstać o barbarzyńskiej porze. Docieram bez przeszkód do hostelu i błyskawicznie zasypiam....
Wstaję jak zwykle spóźniony, otwieram szafkę i ...... dupa klucz nie pasuje. Kobieta w recepcji nie zna słowa po angielsku, posiłkuje się jedynie translatorem w ledwo działającym telefonie. Ostatecznie ogarnia o co mi chodzi, ale klucza zapasowego nie ma a mój autobus odjeżdża za 45 minut. W końcu baba bierze obcęgi młotek i śrubokręt i zaczyna o 6 rano rozbrajać metalową szafkę. Nie muszę wspominać że moi współlokatorzy , z których spora część położyła się spać 2 godziny temu są wniebowzięci. O dziwo operacja się udaje, a ja chcąc nie chcąc odpuszczam sobie poranny prysznic i z wywieszonym jęzorem biegnę na dworzec.
Całe szczęście autobus odjeżdża opóźniony o 20 minut dzięki czemu udaje mi się opuścić putinowską enklawę i nadrobić braki snu na niewygodnym siedzeniu. Podróż mija spokojnie poza tym że znowu trzeba czekać 2 godziny na odprawie granicznej. Przy okazji po raz kolejny okazuje się że Polacy są życiowo po stokroć bardziej zaradni niż zachodzi Europejczycy. Na pytanie polskiego celnika czy ktoś przewozi mięso lub nabiał rodacy natychmiast chowają puszki z kawiorem po kieszeniach podczas gdy kilku Belgów z uśmiechem na ustach chwali się suszonymi karpiami, co najmniej jakby sami je złowili. Oczywiście uśmiech znika za chwilę gry rybki lądują w worku na śmieci.
Do Elbląga docieramy spóźnieni 3 godziny co ani mnie już specjalnie nie dziwi, ani nie irytuje. Analizuję szybko połączenia w stronę Poznania i spontanicznie decyduję się zahaczyć po drodze o zamek w Malborku, który zawsze chciałem odwiedzić, a jakoś zawsze brakło czasu. Zamczysko robi wrażenie i naprawdę warto się tam wybrać.
Ostatnim rozdziałem wycieczki jest postój w Bydgoszczy gdzie zajadam obiad, i przy piwko przeglądam zdjęcia na telefonie. Jeszcze tylko ostatnia prosta osobowym do Poznania i kończę swoją krótką, acz treściwą przygodę z rosyjskim mundialem.
Czy było warto ? ... Mając jedenaście lat i oglądając Kluiverta w akcji złapałbym się za głowę widząc siebie o dwadzieścia lat starszego mającego w ogóle czelność zadać tak oczywiste pytanie. Pewnie że było :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























































































